wstrząśnięte nie mieszane


building nothing, laying bricks.
lipiec 2, 2009, 11:21 pm
Zaszufladkowany do: Uncategorized

Wokół mnie jest cicho, spokojnie i leniwie. Rozgrzane lipcowym słońcem powietrze zdaje się być tak gęste, że przedzieranie się przez nie jest dla mnie wręcz męczące. Wyczekuję deszczu, zwykłego, letniego, ciepłego deszczu, bez piorunów, błysków i czarno-granatowych chmur w pakiecie gratis.

Chodzę po moim mieście, bez wyrzutów sumienia wydaję pieniądze na książki i biżuterię, za to kupienie sobie czegoś do ubrania to już dużo trudniejsza sprawa, bo przecież na co mi nowe ciuchy, szkoda pieniędzy, nie ważne, że nie posiadam żadnego przyzwoitego odzienia na lato i zapierdzielam w dżinsach w drugie z kolei wakacje, ja przecież wcale nie potrzebuję nowych ciuchów.

Chociaż spędzam te wakacje w dusznym i nagrzanym mieście O., podczas gdy wszyscy moi znajomi zwiedzają świat, bądź też upijają się w towarzystwie przystojnych opalonych mężczyzn i roznegliżowanych dziewcząt na mazurach(w zasadzie to pewnie upijają się w towarzystwie pryszczatych, nastoletnich matołów, ale wolę inaczej to sobie wyobrażać), to niespecjalnie jakoś za nimi tęsknię. Jest mi dobrze. Głośno się śmieję, czuję się ładna, czuję się interesująca.

Obserwowałam dzisiaj dwie, prześliczne, radosne, małe dziewczynki w różowych, maleńkich sukieneczkach, biegające po deptaku, i myślałam sobie, że ja już chyba nigdy w życiu nie będę tak szczęśliwa i zadowolona z życia jak one. Za dużo skłonności do autodestrukcji i dramatyzowania w mojej głowie, za dużo.



my first name Angelene, prettiest mess you’ve ever seen.
czerwiec 26, 2009, 7:53 pm
Zaszufladkowany do: Uncategorized

Mój czerwiec ‘09 ma intensywny zapach truskawek przesycony alkoholowym aromatem. Przypadł mi do gustu ten zapach.
Głównymi składowymi czerwca ‘09 są: wódka finlandia o smaku limonki, soundtrack z “Garden state”, “Muzykofilia” Olivera Sacks’a, “Sabrina, nastoletnia czarownica”, wszechobecne truskawki, zielona herbata oraz przeogromne ilości cudownej, błogiej bezczynności.

Głównym moim wakacyjnym zajęciem jest leżenie na łóżku z jednoczesnym wgapianiem się w sufit i słuchaniem muzyki. Czasem jeszcze macham przy tym nóżką. To aż trzy czynności na raz, nie lada wysiłek. W ramach urozmaicenia przesiaduję przed telewizorem oglądając codziennie rano wszystkie seriale na Polsacie z “Sabriną, nastoletnią czarownicą”, jako główny punkt programu, na który wyczekuję z niecierpliwością.

I jest mi tak dobrze z samą sobą jak jeszcze nigdy. Nie wiem czy to zasługa mojej nowej kwiatowej tuniki, czy granatowego lakieru do paznokci, dzięki któremu czuję się jak cholerna czarodziejka z Merkurego i mam ochotę krzyczeć :”potęgo Merkurego, działaj!”*, i szczerze mówiąc, mam to gdzieś, ale to jest chyba jakiś etap przełomowy w osiągnięciu samoakceptacji, której brak okropnie mnie od jakiegoś czasu uwiera. Bo jeśli zaczyna się myśleć “jak to zajebiście, że urodziłam się babą i mogę nosić takie zajefajne tuniczki i malować sobie pazury” zamiast mojego głównego hasła “nienawidzę swojego życia”, to chyba jest jakiś przełom. Tak sądzę.

I ustawiłam sobie to genialne zdjęcie Mer i Cristiny na tapetę, aby przypominało mi do czego dążę, i kim chcę być, ale w tym momencie mojego życia chcę się nudzić.

Chcę tylko się nudzić. I potęgować w sobie uczucie zajebistości.

* “Czarodziejka z księżyca”;)



tańczę to sobie, ja to sobie tańczę.
czerwiec 6, 2009, 6:47 pm
Zaszufladkowany do: Uncategorized

Uwielbiam “Pogo” Świetlików głównie za to, że występuje w nim moja data urodzenia, i w dodatku jest tam nazwana jaśniejszym momentem.

* * * * *

Mam nowy cel w życiu. W zasadzie nie różni się zbytnio od poprzedniego, zmienia tylko lokalizację, no i prestiż też zmienia. Cudownym zrządzeniem losu oraz niesamowicie zajebistym przypadkiem UJ zmienił zasady rekrutacji na kierunek lekarski. Na rok 2010/2011 wymagane są: rozszerzona biologia i chemia oraz matematyka na poziomie podstawowym. Jednym słowem: OJAPIERDOLE!

Jako, iż dostaję mdłości na myśl o zdawaniu fizyki na maturze wybieram najprostsze oraz najgenialniejsze wyjście z możliwych: nie zdaję jej. Za to biorę się za matmę, co będzie banalnie proste, bo jestem na profilu mat-inf-ang(którego wybór od samego początku przeklinałam w duchu, a teraz zaczynam uważać za przebłysk geniuszu) no i matmę wpajają mi czasem po kilka godzin dzienne w nieszczęsnym drugimelo(jego wybór również przeklinałam, musiała mną wtedy kierować jakaś przegenialna intuicja, która pchnęła mnie do tego kroku, bez kitu, nie ma innej opcji).

Studiowanie w Krakowie, które do tej pory uważałam za całkowicie niemożliwe, jest teraz w zasięgu moich krótkich rączek. A marnowanie takich szans jak wiadomo, nie leży w mojej naturze, naturze człowieka chorobliwie ambitnego, co jak się uprze, to nawet ścianę przesunie. Więc po prostu: witaj Kraków, i tyle ;).