Zaszufladkowany do: Uncategorized
Muszę coś ze sobą zrobić. Cokolwiek. Jakoś się zmienić.
Za każdym razem gdy tu piszę na nowo układam sobie wszystko w głowie. Bo wszystkiemu co chce się opisać trzeba nadać odpowiednią nazwę. Każde uczucie, nastrój, wydarzenie, wszystko trzeba nazwać. A ja nie chcę tego teraz. Nie chcę wiedzieć co czuję tylko po prostu to czuć. Ot tak, nie nazywając tego. Więc odchodzę stąd. Rzucam pisanie na jakiś czas. Bo układając sobie ciągle w głowie wracam do punktu wyjścia. Chcę tylko przez chwilę mieć mętlik w głowie. Tak jak inni ludzie nie mający obsesji na punkcie rozumienia siebie. Ale wrócę, bez paniki. Na pewno tu wrócę. Ten blog to moje dziecko, a dzieci się nie porzuca.
Zaszufladkowany do: Uncategorized
Ja i moi nieszczęśni domownicy mamy za sobą cztery nieprzespane noce z powodu mojego wkurwiająco uciążliwego kaszlu. To właściwie nie jest zwykły kaszel, to próba uduszenia mnie przez jakieś paskudne bakterie radośnie bawiące się razem w moim organizmie. Nawet zjedzenie krówki grozi uduszeniem. Mam jeszcze jakieś bóle międzyżebrowe, podczas kaszlu zwijam się przez to z bólu, podczas oddychania również mnie to boli, co jest dosyć uciążliwe, bo niestety nie mogę przestać oddychać. Wczoraj byłam na prześwietleniu klatki piersiowej, dziś już dostałam zdjęcie na którym ślicznie uśmiechają się moje płucka. Zapalenia płuc nie mam, a szkoda, chętnie poleżałabym sobie w szpitalu. Dowiedziałam się również że mam małe serce. Dosłownie, nie w przenośni. A może w przenośni też.
Tak więc wżeram trzeci raz już zmienione leki, ponieważ moje radosne bakterie są dosyć oporne i nie dają się wypłoszyć byle czym. Teraz mam takie bajeranckie pigułki do wdychania. Wsadzam je w takie dziwne coś, zamykam dziwne coś, naciskam przyciski służące do robienia dziurek w bajeranckiej pigułce, robię głęboki wydech po czym wsysam zawartość bajeranckiej pigułki ustami przez rurkę. Fajne nie?
W międzyczasie czytam i oglądam House’a. Przeczytałam już “Dwanaście” i “Trzynaście” Świetlickiego i zaczęłam od początku sagę “Zmierzchu”(niezmiennie kocham to słowo). I zakochałam się w Jamesie Marsdenie, którego gołą klatę możecie zobaczyć tutaj a słodki uśmiech tutaj. James zawładnął mym sercem śpiewając “Bennie and the jets” Eltona Johna razem z Katherine Heigl w filmie “27 dresses”.
I doszłam do wniosku, że film “Zmierzch” to kompletne dno. Bardzo późno doszłam do tego wniosku i wstyd mi za to. Owszem, na przedpremierze było bosko. Największa sala w mieszczącym się Złotych Tarasach Multikinie, piski głupich fanek Pattinsona gdy pojawił się pierwszy raz na ekranie (okej, ja też to przeżywałam, ale kopiąc w krzesło przede mną a nie piszcząc, i nie jestem jego fanką), te emocje, te gwiazdki na suficie, i ta okropnie zimna cola. Ale po siódmym obejrzeniu tego filmu na komputerze stwierdzam, iż gra aktorska jet koszmarna. Inne niedociągnięcia byłabym w stanie wybaczyć gdyby nie to. Nawet filmowy Edward mógłby jeździć Cinquecento zamiast swoim wspaniałym, srebrnym Volvo i być wysmarowany brokatem aby błyszczeć się w słońcu.
* * * * * *
Cały czas czekam na moment, kiedy stwierdzę, że nadeszła pora aby rzucić to wszystko w cholerę i oszaleć. Ale ten moment się nie zbliża. W tej chwili sądzę nawet, że raczej nie nadejdzie. Chyba, że nie dostanę się na wymarzone studia i nie będę wiedziała co ze sobą mam do cholery teraz zrobić. Wiem jak wyglądałby taki moment. Nagły zanik wiary we własne możliwości, świadomość, że jestem beznadziejnie słabym, nie dającym sobie rady człowiekiem. Ale nie powiedziałabym nic na głos, stwierdziłabym, że trudno, żyje się dalej, po czym bym rzuciła wszystko w cholerę i oszalała.
Zaszufladkowany do: Uncategorized
Duszę się okropnie. Dookoła są wszyscy ci ludzie, którzy mnie kochają bądź też udają, że mnie kochają, ci którzy mnie lubią bądź udają, że mnie lubią, ci którzy mnie nie znoszą czemu niespecjalnie się dziwię, i wątpię, że oni udają, i ci zawzięcie mnie nienawidzący, którzy też raczej są w tym szczerzy, bo okazują to całkiem wymownie. I ten krąg ludzi się nie zmienia. Za to zacieśnia się, jakbym była w jakimś zasranym potrzasku, z którego chcę uciec z krzykiem. Potrzebuję jakiejś zmiany, chociaż najdrobniejszej, jednej nowej osoby w moim otoczeniu, obojętnie czy tej żywiącej dobre czy złe uczucia wobec mnie, wszystko mi jedno, oby tylko był to ktoś nowy, bo zwariuję.
Nowy rok zaczął się nieźle. Przywitałam go serdecznie wypijając dużo kieliszków wódki, oblewając ludzi szampanem i rzucając delicjami (czego nie pamiętam, ale opowiadano mi). Odbyłam wtedy również dużo interesujących i głębokich rozmów na rozmaite tematy: od Roberta Pattinsona, przez mojego ojca aż po wypryski na penisie. I dowiedziałam się, że pijana jestem dużo sympatyczniejsza.
Za to półmetek (tak, to ta impreza, na którą szłam z płaczem) był chyba mniej udany, ponieważ byłam na nim całkiem trzeźwa. Ale dzięki temu wytańczyłam się jak nigdy. Lub wywirowałam. Takie słowo nie istnieje, ale wirowanie w kółko bez przerwy po to aby poczuć, że się lata trudno nazwać tańcem.
A teraz po tych wszystkich dziwnych i tak bardzo odstających od mojej codzienności wydarzeniach mogę znowu stać się mną i wrócić do moich stałych zajęć czyli nauki, czytania Świetlickiego i oglądania doktora House’a oraz Grey’s anatomy. Amen.