Zaszufladkowany do: Uncategorized
Chyba nigdy na widok tego zdania nie przestanie mi się pojawiać na twarzy wielki banan. Chociaż właściwie to nawet nie jest zdanie.
Postać mistrza jest tak urocza i pocieszna, że po prostu mnie rozbraja. Jego Suka, z którą chodzi na spacery po Plantach, jego przesiadywanie w Biurze, Dymie, Pięknym Psie i Zwisie, jego pachnące płyty, jego choinka stojąca parę miesięcy w domu i w ogóle jego wszystko. A niestety Jedenaście to już ostatnia powieść o przygodach mistrza <beczy>. I co ja teraz pocznę?
Nowa płyta placebo Battle for the sun już jest na moim dysku, już brzmi w moim pokoju, już nieustannie gra mi w głowie. Wiem, że brzydko jest być takim piratem, i ściągać płyty zespołów, które się bardzo kocha i szanuje, ale w końcu jutro dzień dziecka, chciałam sobie sama zrobić prezent. A do premiery już tylko tydzień. Jeszcze nie potrafię ocenić jak bardzo mi się owy album podoba.
I na litość boską, Brian, proszę cię, zetnij te włosy.
Zaszufladkowany do: Uncategorized
Nowa płyta Gaby Kulki jest dla mnie najlepszą formą terapii.
I już trochę mi lepiej, trochę głębiej oddycham, trochę częściej otwieram usta, aby przemówić, a nie tylko aby dostarczać mojemu organizmowi niezbędne do przetrwania substancje.
Przełom wiosny i lata to najgorszy moment na wpadanie w psychiczne doły. Wszyscy są tacy strasznie bright&shiny z powodu nadchodzących wakacji, że to dobija jeszcze bardziej.
Źle mi z tym, że ciągle zawodzę ważnych dla mnie ludzi, i chociaż wcale nie chcę tego robić, to i tak to robię, bo jestem tchórzem i inaczej nie potrafię.
Pierdolę w kółko o tym samym. Jakie to przykre.
Gdybym był kopertą – zawierałbym nakaz eksmisji
Gdybym był chlebem – w środku zakalec miałbym
Gdybym wódką – pewnie byłbym chrzczony
Przez nieznanych ojców na obcym bazarzeGdybym był oknem – wychodziłbym na ścianę
Gdybym był zegarem – to uparcie stałbym
Gdybym był żelazkiem – pewnie duszę miałbym
Lepszą od własnej duszy, bo gorącą czasemTowary zastępcze “Piosenka potencjalna”
Zaszufladkowany do: Uncategorized
Nawet moja nauczycielka, do której chodzę na korki z biologii zaczęła martwić się o moje życie towarzyskie. I wszyscy mi powtarzają: “daj se spokój dziewczyno, po co tak harować, daruj sobie, możesz robić coś innego, zacznij wychodzić do ludzi zamiast w kółko zakuwać jakieś pierdoły”. Nie mogę robić nic innego. Nie mogę. Z dziwnych, nawet dla mnie niezrozumiałych powodów nie chcę robić nic innego. I chyba ten bezsensowny pociąg do medycyny ludzie nazywają powołaniem. Inni (ci mądrzejsi) nazywają to głupotą, i z nimi bardziej się zgadzam.
Kiedy moi beznadziejni znajomi stawiają za aktualny cel swojego życia imprezy, randki z kretynami i kupowanie coraz to nowych, nieprzydatnych do niczego ciuchów w krzykliwych kolorach, ja już denerwuję się myśląc o aktualnym celu mojego życia: maturze. Czasami bardzo mi żal siebie, bo taka biedna, żałosna sierotka ze mnie będzie za rok. Będę ziewać z otwartymi ustami na sześciu godzinach matmy tygodniowo, urywać się z wf-u(jak zawsze), jeść bardzo dużo, bo jak się uczę, to jem bez opamiętania, czytać tylko lektury, bo na inne książki czasu brak, Grey’s Anatomy i House’a pewnie też przestanę oglądać. O borze tucholski, co za śmierdzące gówno ja sama sobie i dla siebie szykuję. Kiedy to sobie wyobrażam, mam ogromną ochotę zacząć napierdalać głową w ścianę.
I nie potrafię pisać o niczym innym, nie potrafię, bo kiedy mam ochotę poskładać jakieś inne moje myśli w sensowne zdania, to mi nie wychodzi, a czasem wręcz gdy siadam do komputera to nie mam żadnych myśli. Poważnie, czasami po prostu nie mam myśli. I już zaczynam być żałosną, ziewającą sierotką, na którą wszyscy patrzą z politowaniem. Przemęczona jestem. I mam już dosyć, zwyczajnie dosyć tego, że codziennie muszę wstać z łóżka, funkcjonować, i jeszcze udawać, że nie jestem martwa. Żeby się jeszcze dobić pójdę sobie w przyszłym tygodniu do kina na jakiś film do płaczu.