wstrząśnięte nie mieszane


I think I’m paranoid.
lipiec 20, 2009, 10:40 pm
Zaszufladkowany do: Uncategorized

Nie zauważyłam jeszcze tego, że jest środek lata. I nie posiadam obecnie ani krztyny chęci żeby w jakiś sposób sprawić, iż lato w końcu dla mnie nadejdzie. Miałam zamiar opalać się na podwórku, po to żeby chociaż móc udawać przed ludźmi, że byłam na wakacjach, ale jestem zbyt leniwa aby ruszyć swój chudy tyłek w innym celu niż wędrówka po jedzenie do kuchni.

Oprócz tego mam remont w domu i niedługo zacznę mieć haluny od wdychania smrodu farby.

Wakacje, jak to wakacje, mają w zwyczaju skłaniać rodzinę, której nie widziało się parę ładnych lat na oczy (i jest się z tego powodu bardzo szczęśliwym), do zapraszania swojej dawno nie widzianej rodziny (w tym przypadku mnie) na spotkania integrujące obydwie wyżej wymienione rodziny, nie zwracając uwagi na to, czy druga rodzina, chce widzieć tą pierwszą czy nie.

Więzy krwi to bardzo brutalnie zobowiązująca rzecz, zmuszająca nas do widywania osób, których obecności w naszym życiu nie możemy znieść, i które najchętniej wyrzucilibyśmy jakimś cudownym rodzajem amnezji wybiórczej ze swojego umysłu.
I te więzy krwi, zmuszające nas do widywania tych strasznych osób, są również powodem tego, iż te osoby zmuszają nas do odwiedzania grobów naszych zmarłych krewnych, za którymi w ogóle nie tęsknimy, i których śmierć wręcz przyjęliśmy z ulgą.

Może to bardzo złe myślenie, i uznacie mnie za materialistkę, ale próbuję pocieszać się tym, że może z okazji mojej tegorocznej osiemnastki dostanę chociaż od nich trochę kasy za ten pokaz aktorstwa, który będę musiała dawać przez kilka dni, obejmujący sztuczny uśmiech, udawaną radość, i smutek na twarzy w momencie wspominania przez kogoś owego zmarłego członka rodziny, którego śmierć przyjęłam z ulgą.

I tęsknię za normalną rodziną. Zwyczajną, wesołą rodziną, przesiadującą razem w ogrodzie przy grillu.



building nothing, laying bricks.
lipiec 2, 2009, 11:21 pm
Zaszufladkowany do: Uncategorized

Wokół mnie jest cicho, spokojnie i leniwie. Rozgrzane lipcowym słońcem powietrze zdaje się być tak gęste, że przedzieranie się przez nie jest dla mnie wręcz męczące. Wyczekuję deszczu, zwykłego, letniego, ciepłego deszczu, bez piorunów, błysków i czarno-granatowych chmur w pakiecie gratis.

Chodzę po moim mieście, bez wyrzutów sumienia wydaję pieniądze na książki i biżuterię, za to kupienie sobie czegoś do ubrania to już dużo trudniejsza sprawa, bo przecież na co mi nowe ciuchy, szkoda pieniędzy, nie ważne, że nie posiadam żadnego przyzwoitego odzienia na lato i zapierdzielam w dżinsach w drugie z kolei wakacje, ja przecież wcale nie potrzebuję nowych ciuchów.

Chociaż spędzam te wakacje w dusznym i nagrzanym mieście O., podczas gdy wszyscy moi znajomi zwiedzają świat, bądź też upijają się w towarzystwie przystojnych opalonych mężczyzn i roznegliżowanych dziewcząt na mazurach(w zasadzie to pewnie upijają się w towarzystwie pryszczatych, nastoletnich matołów, ale wolę inaczej to sobie wyobrażać), to niespecjalnie jakoś za nimi tęsknię. Jest mi dobrze. Głośno się śmieję, czuję się ładna, czuję się interesująca.

Obserwowałam dzisiaj dwie, prześliczne, radosne, małe dziewczynki w różowych, maleńkich sukieneczkach, biegające po deptaku, i myślałam sobie, że ja już chyba nigdy w życiu nie będę tak szczęśliwa i zadowolona z życia jak one. Za dużo skłonności do autodestrukcji i dramatyzowania w mojej głowie, za dużo.